Zaszufladkowany do: wywiad
Żyjemy w czasach
bezideowej konsumpcji
Żyjemy w czasach kultury „zawężonej”, nastawionej prawie wyłącznie na rozrywkę. Równowaga między refleksją, analizą, zadumą nad światem została zachwiana na korzyść zabawy i rozbuchanej konsumpcji. Są i w tej dziedzinie zjawiska interesujące, jak na przykład ciekawy artystycznie kabaret Ani Mru Mru czy Kabaret Moralnego Niepokoju, ale to nie zmienia postaci rzeczy. Na każdym polu zwycięża tania oglądalność, czyli to, co się podoba, co jest łatwe i przyjemne, co można szybko sprzedać. Nie na tym polega istota sztuki.
Cezary Polak za: http://www.dziennik.pl/
Cezary Polak: Co się stało z polską kulturą po 1989 roku?
Józef Szajna: Przede wszystkim nie wyolbrzymiałbym znaczenia nie tylko tej daty, ale dat w ogóle; sztuki nie da się w ten sposób periodyzować. Nie uważam, żeby rok 1989 był dla kultury przełomowy. Nie było pomoru, artyści żyją i tworzą, istnieje pewna ciągłość. Oczywiście sytuacja twórcy w poprzednim systemie była inna. W epoce PRL, ale nie tylko w czasach obowiązywania doktryny socrealizmu, lecz także później, musieliśmy walczyć z rozmaitymi wymogami ideologicznymi, cenzurą i urzędowymi nakazami. Zawsześmy się bali centralnego programu zarządzania kulturą, jaki forsował na przykład minister Włodzimierz Sokorski. Chwała Bogu, że dziś resort nie ma takich dyktatorskich zapędów. Natomiast widzę wielkie zmiany w czymś, co nazwałbym sposobem „dorabiania się” w sztuce. Wydaje mi się, że twórcy mojego pokolenia byli wierni wartościom. Wiedzieliśmy, że prawdziwa sztuka nie może realizować zapotrzebowania masowego odbiorcy, a sukces artystyczny nie jest równoznaczny z popularnością. Mierzyliśmy wysoko. Tworząc, nie myślało się o opłacalności. Iluż z nas malowało czy pisało do szafy i szuflady, z pełną świadomością braku szans na wystawę albo druk. W filmie, teatrze czy sztuce działy się rzeczy, które były obok oficjalnego nurtu, narzuconego, finansowanego i lansowanego przez państwo. Nie urzędnicy, nie oglądalność i popyt decydowały o naszej twórczości, lecz my sami. Była w tym szlachetna zadziorność, niezależność, rywalizacja, brak pokory nie tylko wobec władzy, ale i dyktatu rynku. To się zaczęło psuć w latach 70. XX wieku, kiedy zadomowiła się u nas telewizja, która wessała wiele indywidualności. Artyści szli tam zwabieni mirażem popularności. Teatr stracił wtedy siłę oddziaływania na rzecz filmu, której nie odzyskał do dziś. A przecież teatr to coś więcej niż gra-zabawa. To misja.
